Normandia wczesnym latem


Normandia zaskoczyła nas wielością i różnorodnością atrakcji. Wybraliśmy się tam głównie po to, aby w pięknej okolicy pojeździć na rowerach, trochę poodpoczywać na plaży. Tymczasem ciekawych rzeczy do robienia

 

i miejsc do zobaczenia jest w Normandii tak wiele, że musieliśmy się jednak dość często przesiadać do samochodu, aby wszędzie zdążyć. Oczywiście nie zobaczyliśmy wszystkiego i  jak zwykle – musimy tam wrócić.

Normandia jest przepiękna i idealna na rodzinne rowerowanie.  Nie ma tam, co prawda, wielu ścieżek rowerowych, ale nie ma również wiele samochodów – zwłaszcza gdy trzymać się podrzędnych dróg.

Teren jest przyjemnie pagórkowaty tak, że od czasu do czasu trzeba się zmęczyć, ale nagroda zjazdu z nawiązką rekompensuje wysiłek.  Kamienne domostwa wśród szerokiej zieleni łąk i lasów cieszą oczy, ludzie są uśmiechnięci i uczynni, a morze zawsze gdzieś w pobliżu.

 

Zatrzymaliśmy się w niedużym kamiennym domku w małym miasteczku Portbail, pośrodku zachodniego wybrzeża. Stąd mieliśmy blisko zarówno na sam północny kraniec polwyspu – do Cherbourg, na wschód do Plaż Lądowań 1944,  jak i na południe do Mont St. Michael, obowiązkowej atrakcji w tej części świata.

Rowerami przyjemnie jeździ się po całym półwyspie, lecz zdecydowanie najprzyjemniej nad samym morzem.

 

Przepięknych tras jest wprost bez liku, wystarczy wybrać drogę „zieloną” w atlasie samochodowym, żeby znaleźć się w zapierającym dech otoczeniu. My, głownie ze względu na bardzo niską średnią wieku, postawiliśmy na turystyczne pewniaki. Odwiedziliśmy pobliskie Carteret – przyjemny kurort z dużą plażą, północna część półwyspu z latarnią na Cup de Hague.

Przede wszystkim jednak regularnie odwiedzaliśmy lokalną lodziarnię, gdzie dumnie wygłaszaliśmy „les glaces plus grandes, s’il vous plait” oraz bardzo odważnie:  „Merci beaucoup”.

 

W pobliżu naszego Portbail mieliśmy szczęście trafić na szerokie i wolne od turystów plaże, gdzie mogliśmy się do woli wyszaleć zarówno w ciągu dnia, gdy pogoda zrobiła się prawdziwie czerwcowa, jak i  wieczorem.  A nawet pobawić się w chowanego!

Osobną wycieczką był dzień na Plażach Lądowań Alianckich. Ten obszar jest zarządzany przez USA, co  jest od razu widoczne i odczuwalne. Panuje tam atmosfera szacunku dla tych, którzy polegli. 

Amerykańscy turyści przechadzają się wśród ogromnej ilości białych krzyży i wyraźnie jest, że są dumni ze swojego narodu. Bardzo przyjemnie na to patrzeć.

Muzeum i cmentarz są ogromne, ale jeszcze większą atrakcją jest spacer po wszystkich kolejnych plażach i dotykanie pozostałości dział i maszyn wojennych. Dla prawdziwych fanów historii jeden dzień to pewnie za mało. Nam wystarczył choć rzecz jasna – gdy średnia wieku wzrośnie, musimy tam wrócić.

 

Choć dla nas sławna przez rok 1944, Normandia ma też swoją wielką historię sprzed wieków. Stąd wywodził się Wilhelm Zdobywca – ostatni, któremu udało się podbić obecną Wielką Brytanię. Po francuskiej stronie jest pełno jego śladów – zamek w Caen, tkanina w Bayeaux (to taka francusko-angielska Bitwa pod Racławicami) i stolica Normandii – Ruen. Z Normandią związana była również Joanna D’Arc, której historia ( w wersji łagodniejszej) bardzo przypadła do gustu naszym córkom. Wyraźnie pod jej wpływem, a na naszych oczach pasterki zmieniały się w rycerzy. 

Zamek w Caen okazał się zaskakujący, ale zbyt mało malborski, żeby pozostać dzieciom w pamięci.

Największą i najdłużej pamiętaną atrakcją Normandii okazał się klasztor Mont St. Michel. Dobrze znany z  fotografii i reprodukcji stoi  na granicy Normandii i Bretanii.

Warto zajechać tam choćby będąc przejazdem, zwłaszcza, że nie potrzeba wiele czasu, żeby go dokładnie poznać.

Mimo ze  zamkiem wcale nie jest, naszym dzieciom idealnie  wpasował się  w klimat malborski z elementami krzyżacko – rycerskimi i takim pozostał. To jedno z takich miejsc, które na dzieciach robi tak wielkie wrażenie, że każdy rodzic cieszy się, że się udało tam dotrzeć!

W samym wzgórzu znajduje się tylko jedna uliczka, masę schodów i pełno, pełno turystów. Mimo tłumów i pewnej komercjalizacji tego miejsca –naprawdę fajnie tam być, bo to malownicze i jedyne w swoim rodzaju miejsce na kontynencie (choć siostrzana budowla znajduje się w Kornwalii).

A w pamięci dzieci klasztor/zamek wbił się tak znacząco, że jakiś czas później nad morzem same „zbudowały” Mont St. Micheal, znany również pod nazwa Mont St. Papa.

Czasem doganiała nas refleksja, że po co właściwie jeździć i się trudzić, skoro wiadomo, ze najfajniej jest przecież na plaży…

…zwłaszcza w tak doborowym towarzystwie.