Bretania w kolorze bleu

Do Bretanii pojechalismy po raz pierwszy w szostke. I choc nie bylo to tak calkiem widoczne, nikt nie mial najmniejszej watpliwosci, ze jest z nami Tereska. Spedzala caly czas u Mamy wesolo fikajac koziolki w cieplutkim trzydziesci szesc i szesc. Miala cztery miesiace do swoich urodzin.

camping

Bretania malowana jest w niebieskie okienniece. Tu niebiesko, tam niebiesko, wszedzie niebiesko.  Tu okna, tam drzwi, porecz, plot, lawki  i znowu okienniece: niebieskie.

Ktoregos  dnia pojechalismy do miasteczka Locronan. Jest to zabytkowe miasteczko cale w  kamienniu, nie mozna do niego wjechac samochodem. Zostawilismy wiec auto przed brama miasta i ruszylismy spacerem. Trafilismy do czekoladowiarni. Jakze tam pachnialo czekolada!!!!!  W duzych pojemnikach ustawionych zamiast lad pelno bylo roznych czekolawodych smakolykow. Kuleczki, prostokaciki, plaskie, wybrzuszone, grube, chude, nadziewane, mleczne, gorzkie, z orzechami, biale i brazowe. Pelno, pelno, pelno. A za pierwszym pokojem byl pokoj drugi, gdzie czekolad bylo jeszcze wiecej! Chodzilismy tam trzymajac sie za wlasne rece, zeby nie podskubnac  tu czy owdzie z tego czekoladowego raju.  Czulismy sie jak w bajce i jak w bajce zaczelismy powoli przechodzic z zachwytu w rozpacz…

czekolada

Trzeba bylo wiec podjac decyzje: skoro juz wpadlismy w te czekoladowe otchlanie, niech kazdemu sie z nich cos dostanie. Kazdy mial wybrac sobie po kawalku. I choc bylo to o wiele przyjemniejsze niz wzbranianie sie przed podjadaniem, to wcale nie bylo latwiejsze. Bo jak wybrac jedno sposrod  rownie apetycznie wygladajacego tysiaca? W koncu jednak kazdy uporal sie z tym zadaniem i gotowi bylismy do wyjscia. Ale wtedy Mame przyszla mysl do glowy taka: czekoladki koniecznie trzeba zjesc na miejscu, bo tylko tu w tym zaczarowanym wnetrzu maja one swa czarodziejska czekoladowa moc. Pozniej, na zewnatrz, na ulicy nie bede mialy w sobie magii i uroku tego miejsca. Tam moga sie stac podobne do miliona innych czekoladek, ktore mozna dostac w supermarkecie…

niebieskie okiennice

Usiedlismy wiec do czarodziejskich stolikow i zajadalismy swoje czekoladki. Kazdy mial opowiedziec, jak jego smakuje, ale szlo nam z tym dosc nienajlepiej.  Probowalismy przypomniec sobie , jak opisywal smaki krytyk w restauracji Gusto i to lekko pomoglo, ale nasze opisy wciaz wywolywaly wiecej smiechu niz uznania dla odwaznych autorow.  Pozniej przyszedl nam do glowy Charlie – ten od Fabryki Czekolady. Dzieciaki ku naszemu zdziwieniu umialy przypomniec sobie postaci z ksiazki Pana Dahla i ich czekoladowe sklonnosci. Przypozadkowalismy kazdemu z nas  ksiazkowego bohatera i powzielismy postanowienie powrotu do ksiazki  –  po powrocie do domu. Mielismy przy tym wszystkim mocno umorusane czekolada,  bardzo, bardzo zadowolone buzie.

basen

Czesc czasu spedzilismy na campingowym basenie. Pewnego popoludnia pogoda tak dopisala, ze moglismy sie poczuc wakacyjnie i troche poleniuchowac. Taki w kazdym razie byl plan. Ale plan byl rodzicow.  I choc dzieci tez sa rodzicow, to plan dzieci wcale nie byl…  Dzieci mialy inny plan. I na ten czas nasze drogi sie rozeszly, choc niezbyt daleko i na niezbyt dlugo. Dzieci szalaly w zimnej jak lod wodzie, rodzice grzali sie na cieplych od slonca lezaczkach.

I bylo super!

niebieskie lawki bretanii

Bretania jest pierszorzednym wyborem dla rowerzystow. Tych malych i tych duzych, poczatkujacych i starych wygow, choc oczywiscie kazdy bedzie Bretanie postrzegal dla siebie inaczej. Teren jest dwom kolkom  bardzo przyjazny, widoki przepiekne, morze blisko i w ogole – fajnie.  My bylismy zrowerowani tylko w wersji dzieciecej  i rowery najczesciej uzywane byly na kempingu, gdy za daleko bylo isc na piechote.  Ale byly one bardzo wazne w naszej wyprawie. Widzielismy wyraznie jak nasze dzieci na rowerach oswajaja sie z kempingiem. Jak coraz smielej poruszaja sie po nim, coraz bardziej oddalaja od naszego namiotu, az wreszcze same jezdziely po calym kempingowym miasteczku. Poranna podroz po bagietki do sklepiku okazala sie  tak wielka  przyjemnoscia, ze warto dla niej bylo wyjsc ze spiwora!  Choc pewnie rowniez dlatego, ze oprocz jazdy zwlaszcza w drodze powrotnej  tylko z jedna reka na kierownicy (co w kazdych innych okolicznosciach bylo surowo zabronione!), dawala rowniez  mozliwosc dysponiwania rodzinna portmonetka, zakumunikowania „Bonjour, deux baguettes, s’il vous plait” pani w sklepie i otrzymania od niej reszty. Czasem bonusowo trafial sie nawet lizak, chyba za ten urokliwy „fransuski”…

dziewczyna i chlopak

Bretania lubuje sie w nalesnikach: cieniutkich, okraglutkich, przepysznych. Podawane sa na kazdym kroku, na kazdy sposob: na slodko z czekolada, na slona z sardynka, na zimno z lodami i na cieplo z cielecina. W kazdym wydaniu – jest to radosc dla podniebienia. Chodzilismy wiec na nalesniki chetnie i czesto,ale za kazdym razem mieslimy ten sam problem:  za malo!  Az ktoregos dnia trafilismy z naszym glodem i ochota na nalesniki w sieste popoludniowa. Wszystkie nalesnikarnie jak i restauracje byly zamkniete lub nie wydawaly jedzenia, az do pozniejszego wieczoru. A nasz glod, zwlaszcza Tereski,  nie mogl czekac. Wrocilismy wiec do namiotu i nasz Tata zaserwowal nam NALESNIKI. Mialo byc na pocieszenie, ale postaral sie tak bardzo, ze okazaly sie byc najlepszymi nalesnikami, jakie do tej pory jedlismy! I w dodatku bylo ich tyle, ze po raz pierwszy w Bretanii najedlismy sie nalesnikami do syta. Odkrywszy ten przydatny talent Taty, stolowalismy sie juz tylko u nas w namiocie, ktory zreszta byl bretonsko  niebieski i przybral nazwe Creperie „U Taty”.

zycie na campingu

W niedzile na ulicach pobliskiego miasteczka odbywal sie jarmark. A ze mielismy ochote na swieze lokalne produkty – warzywa, chetnie owoce morza, poszlismy tam cala piatka (plus Tereska). Poki szlismy wzdluz straganow z warzywami, czulismy sie zupelnie bezpiecznie, gdy jednak dotarlismy do czesci z morksimi specjalami oczy wyszly nam na wierzch. W zyciu nie widzielismy takich dziwolagow! A co dopiero wkladac je do buzi! Rzecz jasna nie ominelo nas pytanie dzieci „co to jest” , na ktore odpowiadalismy przesadnie ogolnie lub bardzo szczegolowo, jak to sie z doroslymi roznych plci dzieje w takich momentach. Niesety kolejne –  „jak to sie je??” – zupelnie rozlozylo nas na lopatki. Nie mielismy zielonego pojecia, nawet jak  zabrac sie do sporzadzania obiadu z tych muszelek, zawiniatek, robaczkow ktore Bretonczycy przy nas z radoscia kupowali na sztuki, paczki i kilogramy.

W pewnym momentcie Mama dojrzala pojemnik z homarami. Tu wreszcie mogla wykazac sie  wiedza, ktora przeciez kazdy rodzic wlasnym dzieciom powinien sluzyc . Po szybkim przedstawieniu calej swojej wiedzy na temat homarow, chcac zademonstrowac bardzo prefesjonalne podejscie do tematu chwycila odwaznie skorupiaka wpol. Ten poruszyl sie reagujac na dotyk a  mama krzyknela na cale pluca rzucajac homara spowrotem do pudelka. „To zyje!” rozlegl sie jej przerazony glos, na szczescie po polsku. Choc wlasciwie wszyscy i tak wiedzieli, o co chodzi. Tata rozbawiony gruchnal smiechem, czym zachecil innych, zwlaszcza dzieci, do podobej reakcji.

Przy takim obrocie zdarzen nie mielismy juz czego szukac przy straganach z morskimi stworami. Jednak w brzuchach nam zaczynalo burczec i z tym trzeba bylo sobie poradzic. Na szczescie Tata dojstrzegl otwarty sklep rybny na sasiedniej ulicy. Nie namyslajac sie dlugo pobieglismy z nadzieja, ze beda tam… ryby. I byly!

zakupy obiadowe