Przygoda z Murano

 

To byl dosc nieprzewidywalny obrot wypadkow. Zaczelo sie zwyczajnie  – od podrozy tramwajem wodnym na San Marco – przystanek najblizszy do placu. Mielismy w planie spedzic ranek na spacerze po placu i zwiedzeniu Palacu Dodzow. Ale gdy tylko wyszlismy z tramwaju na mniej zatloczana czesc nabrzeza podszedl do na mily Pan Wloch i  po angielksu zaczal tlumaczyc, ze ma dla nas gratisowy bilet na taksowke do Murano wraz z zaproszeniem  do fabryki szkla, po ktorej oprowadzi nas przewodnik.

My nie wierzymy w darmowe niespodzianki zwlaszcza w centrum turystycznego przemyslu, jakim przeciez jest Wenecja, wiec poczatko podziekowalismy mu grzecznie. Pan jednak nie ustepowal powtarzajac przekonywijaco “really, really” z uroczym wloskim akcentem. W koncu Tata zainteresowal sie oferta i jak tylko sklonil glowe, zeby lepiej przyjrzec sie reklamowce w rekach Wlocha, ten zaczal ciagnac nas w kierunki czekajacej motorowki – taksowki. W ciagu minuty wszyscy znalezlismy sie na pokladzie a kierowca wlaczyl silnik. Mama probowala zachowac zdrowy rozsadek i zrozumiec, co sie dzieje. Ale Wlocha z reklamowka  juz nie bylo, a my mknelismy wodna taksowka przez Weneckie kanaly. Nie do konca wiedzielismy  kto i dokad nas zabiera, wlasciwie moglismy  byc porywani przez gang wloski, moze mafie wloska, w nieznanym kierunku, dla okupu lub dla pracy niewolniczej, tak jak zdazylo sie panu w slawnym amerykanskim filmie z Bradem Pittem.

Mocno ufajac swojemy szczesciu i Wlochom postanowilismy sie jednak wcale tym nie przejmowac  tylko “cieszyc sie przejazdzka poki trwa”.  Przecielismy Wenecje w poprzek i wyplynelismy na otwarta przestrzen.  Podczas gdy brzeg wenecki oddalal sie,  my bylismy coraz blizej wyspy Murano, dokad dotarlismy w ciagu kilku minut. Na brzegu czakala na nas elegancko ubrana pani, ktora pomogla nam wysiasc z kolyszacej sie taksowki i  zaprosila do srodka niemalej budowli z czerwonej cegly.  Byla to rzeczywiscie fabryka szkla, w ktorej panowie demonstrowali produkcje szklanych dziel sztuki.  Asystent dzielnie asystowal Mistrzowi, ktory po mistrzowsku dmuchal z dluga rure wydmuchujac najciekawsze ksztalty. Zeby zostac mistrzem, trzeba miec nielada krzepe, talent artystyczny  i dwudziestopiecioletnie doswiadczenie jako asystent utalentowanego mistrza.

Misy, talerze,lampy, ozdoby duze i  male – wszystko robilo na nas ogromne wrazenie. Mozna bylo czesc z nich nabyc w sklepie fabrycznym tuz obok, ale rowniez  w kazdym innym sklepie na wyspie Murano, ktorych jest tam ogromna ilosc. Wlasciwie trudno znalezc sklep z czymkowliek innym niz szklo, jako ze Murano zyje ze szkla.

Przejazdzka taksowka i wizyta w fabryce rzeczywiscie okazala sie prezentem od wyspy Murano. Choc do teraz nie jest dla nas jasne, czemu zawdzieczamy ten  przywilej.  Uznajac sie wiec za wielkich szczesciarzy, poszwedalismy sie troche po wyspie, zajrzelismy do najwazniejszych  kosciolow, przeszlismy tamtejsze kanaly wzdluz, tam i spowrotem i w poprzek. Na koniec wsiedlismy do tramwaju wodnego, ktory zabral nas do Wenecji. Tym razem zamiast kilku minut, podroz zajela nam minut kilkadziesiat i dopiero wtedy w pelni docenilismy komfort taksowki i niebywaly lut szczescia, ktory nas sie spotkal.