Marakesz (Maroko)

Nasz pobyt w Marakeszu zaczal sie od poszukiwania transportu do wczesniej zarezerwowanego Riadu (hotelu) w samym centrum miasta. Choc taksowek przed nieduzym lotniskiem stalo mnostwo, zadna nie byla wystarczajaco duza, zeby pomiescic nasza szostke razem z bagazami. W koncu Tata dostrzegl odpowiednia i ruszyl w kierunku kierowcy. Taksowkarz cenil sie wyjatkowo hojnie i Tata bynajmniej nie byl zadowolowy, ale nie mielismy wyboru. Wsiedlismy do 7-osobowego Hiundaja. O siedzonkach dla dzieci nie bylo mowy, pasy nie dzialaly a kierowca od razu wzial do reki komorke by dzwonic do naszego Riadu po wskazowki dojazdu. Tak ruszylismy przed siebie. Troche oszolomieni przebiegiem wydarzen, podskakujac na siedzeniach, walczac z blokujacymi sie pasami pomknelismy ku marakejskiej Medinie. Z jazdy chyba najbardziej zadowolona byla Tereska, ktora nigdy nie doswiadczyla podrozy samochodem bez siodelka. Dzielnie trzymala sie kolan mamy i rozgladala ciekawie.
Tymczasem nasza taksowka przejechala przez brame Starego Miasta i wjechala w waskie ulice Mediny. Jechalismy teraz piaszczysta ulica mijajac dwukolowki ciagniete przez osiolki, bryczki z konmi, nieskonczone ilosci pedzacych i halasujacych motorowerow, Pan z zakrytymi twarzami, Panow w dlugich bialych sukniach. Nagle taksowka stanela na srodku piaszczystego placu, kierowca wyskoczyl przed auto i zaczal glosno dyskutowac z kims sprzodu. Po chwili wrocil do nas i oswiadczyl, ze dalej nie moze jechac, ze droga jest zamknieta i musimy isc piechata. Spojrzelismy na nasze siedem walizek, na siebie, na piaszczysta droge pelna pedzacych pojazdow i zaraz potem na kierowce. Tata zdenerwowal sie na powaznie “czy place Ci fortune, zebys nas zostawil na srodku drogi? Miales nas dowiesc do hotelu!” klocil sie z kierowca, ktory wyraznie uznawal swoja wine, ale jechac dalej nie mogl. W zamian przyprowadzil do nas kolejnego Pana z wielkim dwukolowym wozkiem oferujacym przetransportowanie nas do samego Riadu. Znow nie mielismy wyjscia wiec przepakowalismy wszystkie bagaze na jego wozek , a sami pospieszylismy piechota.. Z szerokiej piaszczystej ulicy wkrotce weszlismy w brame miedzy bardzo starymi budynkami i wtedy labiryntem waskich uliczek caly czas mijajac motorowery, osly i konie doszlismy do zaulka, gdzie tragarz zatrzymal wozek i pospiesznie zaczal wypakowywac nasze walizki na ziemie. Wszyscy zbledlismy. Wokolo nie bylo zadnych drzwi ani nawet okien, tylko jedna waska droga prowadzaca dalej. „Gdzie jest nasz hotel???”- w prezrazeni pytalismy sie nawzajem oczami, jednak bojac sie wypowiedziec to pytanie glosno. Tragarz zdawal sie nie zauwazac horroru, ktory przezywalismy, wzial w rece dwie walizki, skinal na Mame, zeby szla za nim, na Tate, zeby zostal przy wozku i ruszyl przed siebie. Dzieci nie wiedzac co robic pobiegly za Mama, zostawiajac Tate z Tereska i walizkami czekajacych przy wozku. Z naszej waskiej uliczki skrecilismy kilka metrow dalej w jeszcze wezsza i zaraz potem w jeszcze wezsza i nagle za kolejnym zakretem stanelismy przed wielkimi  drzwiami Riadu a Pan Tragarz donosil kolejne bagaze.

DSC_3767

Bylismy w samym sercu Starego Miasta Marakeszu, gdzie uliczki byly tak waskie, ze nie dochodzilo do nich slonce mimo, ze dzien byl upalny a na niebie nie bylo ani jednej chmury. Zapukalismyy wielka kolatka i drzwi otworzyla mila Pani w tradycyjnym stroju i z usmiecham zaprosila nas do srodka.

Kilka sekund pozniej znalezlismy sie juz w wewnatrz Riadu pelnego wzorzystch kafelek na scianach, miekkich sof, ciezkich zaslon, z fontanna w centrum wewnetrznego dziedzinca.
Byla to tak niespodziewana zmiana otoczenia, ze czulismy sie, jak Lucy od Pana Lewisa, wchodzaca do Narnii.
Nasz apartament znajdowal sie na parterze. Wchodzilo sie do niego bezposrednio z centralnego dziedzinca, ktory rano zamienial sie w restauracje a wieczorem w goscinny salon dla wszystkich chetnych. Dzieki temu bardzo latwo bylo nawiazac znajomosc z innymi goscmi. Powaznym minusem jednak byl brak okien prowadzacych na zewnatrz budynku. Wszystkie okna z naszych pokoi wychodzily prosto na wewnetrzny dziedziniec, tak ze wieczorami, chcac nie chcac, bralismy udzial we wszystkich konwersacjach odbywajacych sie na dziedzincu. Czesc z nich bylo tylko usypiajacymi dzwiekami w nieznanym jezyku, inne sluzyly jako lekcje francuskiego, zdazaly sie rodzinne klotnie oraz rozmowy sluzbowe. Najmniej przyjemnie bylo, gdy rozmowom towarzyszylo palenie papierosow, ktore niestety w Marakeszu nie jest zakazane.

 
Gdy dotarlismy do Riadu bylo wciaz przedpoludnie wiec po rozpakowaniu sie i po krotkim odpoczynku przy mietowej herbacie ruszylismy zobaczyc miasto. Pani Wlascicielka zaproponowala nam przewodnika z samochodem na popoludnie, z czego chetnie chcielismy skorzystac. Najpierw jednak mielismy ochote na spacer i wczesny lunch.

DSC_3517

Restauracja znajdowala sie na rogu piaszczystej drogi. Wygladala dosc niezapraszajaco z zewnatrz, ale juz wiedzielismy, ze nie nalezy sie tym sugerowac i smialo weszlismy do srodka. Pan Kelner tak bardzo ucieszyl sie na nasz widok, ze az mielismy watpliwosci, czy nie pomylil nas z kims innym. Ale on nie byl zmieszany ani troche, zaprowadzil nas na najwyzsze pietro budynku, tj. na sam dach i tak przeorganizowal pol sali, ze mogli usiasc wszyscy razem w  miejscu z widokiem na ruchliwe miasto. Dostalismy sok pomaranczowy i miseczke oliwek na poczatek do tego karte dan. Sok pomaranczowy jest podstawowym napojem w Marakeszu. Pije sie go od rana do wieczora, kupuje od panow z ulicznych kramow i w eleganckich restauracjach. Pomaranczki rosna i dojrzewaja na drzewach wszedzie dookola. Marakech jest bardzo pomaranczkowym miastem. Za to Maroko jest mietowe. Herbate mietowa parzy sie z ksztaltnych I zdobionych dzbankach, nalewa z bardzo wysoka i pije z nieduzych szklaneczek. Koniecznie z duza iloscia cukru, ktory Marokanczycy importuja z Europy.
Po lunchu bylismy tak gotowi na sjeste, ze nikt nie mial ochoty na dalsze maszerowanie i przewodnik z autem okazal sie strzalem z dziesiatke. Dzieki niemu spedzilismy pierwsze popoludnie w Marakeszu przyzwyczajajac sie do miasta i jego osobliwosci z bezpiecznego wnetrza auta, zza jego szyb. Napierw pojechalismy do przepieknego Ogrodu “Jardin de Majorelle”, ktory zalozyl pewien bogaty mieszkaniec miasta dawno temu i dzieki niemu teraz wszyscy moga podziwiac setki rodzajow kaktusow i niezliczona ilosc bambusow wsrod wodospadow i sadzawek. Miejsce to tak bardzo kontrastuje z zakurzona i halasliwa Medina, ze trudno sie nim nie zachwycic.

DSC_3524

Po przyjemnym spacerze w Jardin ruszylismy do Palmiarnii, ktora jest ekskuzywna czescia nowego miasta, z zamknietymi osiedlami dla najbogatszych mieszkancow. Podobno maja tam domy slawy tego swiata. Nasz przewodnik z duma wymienial nazwisko po nazwisku wlascicieli, ktore ku obopolnej radosci w wiekszosci byly nam znane. Wspolnie przypominalismy sobie filmy, w ktorych slawy pojawialy sie, a nasz przewodnik dopowiadal, ktore filmy byly krecone w Maroko. I choc ta dyskusja dosc nas wciagnela i ozywila, porzucilismy ja od razu, gdy na horyzoncie pojawily sie wielblady leniwie wypoczywalajace wzdluz drogi.

Wielbladowej przygody oczywiscie nie moglismy sobie odmowic. Bardzo szybko znalezlismy sie na ich grzbietach, na ktore, jak jednoznacznie orzeklismy wkrotce, znacznie przyjemniej jest patrzec niz siadac.

DSC_3564

DSC_3576

Pozniej znow autem przejechalismy sie jeszcze po dzielnicy Arabskiej, gdzie podobno najlepiej robic zakupy w miescie, Zydowskiej, w ktorej zostalo juz tylko kilka setek mieszkancow. Odwiedzilismy kilka meczetow, do tych dzialajacych Chrzescijanom nie mozna wchodzic. 
Na koniec pojechalismy do garbiarni skor. Garbiarnia okazala sie najokropniejszym miejscem, w jakim w zyciu bylismy. Doswiadczenie przebywania tam jest jednak bardzo cenne. Swiadomosc istnienia takich miejsc na swiecie jest bardzo potrzebna I rozszerzajaca horyzonty. Przed wejsciem Pan Przewodnik wreczyl nam po wiazce miety, ktora polecil trzymac blisko przy nosie. Mimo poczatkowego zdziwienia, zaraz po przestapieniu progu garbiarni nikt nie odwazyl sie ignorowac tych zalecen.

DSC_3597

W srodku smrod byl tak okropny, ze z trudnem powstrzymywalismy sie, zeby nie uciec. Przechodzilismy wzdloz betonowych dziur w ziemi I ogladalismy, jak skory przechodza przemiane od momentu bycia czescia zywego zwierzecia – najczesciej kozla – do fazy bycia butem lub torba. Pan z duma informowal nas, ze w jego zakladzie korzysta sie tylko z naturalnych zrodel amoniaku a wszystkie metody sa jak najbardziej przyjazne dla srodowiska. Z przerazeniem patrzylismy, jak mlodzi mezczyzni stojac po uda w roztworze amoniaku oczyszczaja skory, gladza je, potem susza, az te sa miekkie i przyjemne w dotyku jak portmonetka Mamy.
Na koniec byl oczywiscie sklep z wytworami prosto z garbiarni, w ktorym Mama kupila skorzane pantofle. Pantofle przelezaly z siatce na dnie walizki cala podroz po Maroku, a po powrocie do domu jeszcze dlugi czas spedzily na balkonie zanim ostatecznie rozstaly sie z zapachem garbiarni.

DSC_3555

DSC_3523

W Marrakechu spedzilismy kilka dni, korzystajac z uslug kolejnych przewodnikow, ale rowniez chodzac po miescie samodzielnie. Jeden z panow, ktory zaproponowal, ze pokaze nam najciekawsze zakatki miasta w tym dzielnice Berberow zaprowadzil nas prosto do wytworni olejku argan, gdzie moglismy popatrzec na panie w pocie czola, ale i z widocznym znuzeniem, wyciskajace olejek z orzeszkow. NIe jestem pewna, czy to one byly dla nas wieksza atrakcja, czy moze my dla nich. Krotki wyklad na temat roznych naturalnych specyfikow dostepnych na miejscu byl bardzo ciekawy, poprowadzony blyskotliwie I z bardzo indywidualnym podejsciem. Prawdziwie nas zachwycil. Wszystkiego moglismy dotknac, powachac, poprobowac. 

DSC_3670

DSC_3677

Mniejsze wrazenie zrobila na nas wizyta w wielkim skladzie dywanow, gdzie udalismy sie zaraz potem. Dywany byly przepiekne oczywiscie, tyle ze my nie chcielismy kupic ani jednego. W tym momencie wyszla na jaw powazna roznica miedzy naszym a przewodnika rozumieniu, czym sa najciekawsze zakatki miasta. Ze sklepu wyszlismy bez dywanu I wrocilismy do zwiedzania ogrodow I palacow, ktore zdecydowanie podobaly nam sie najbardziej. Jest ich w Marakeszu sporo, do wszystkich warto zajrzec, zwlaszcza, ze sa prawdziwa odskocznia I wytchnieniem od zgielku Placu i okolicznych ulic handlowych. 

DSC_3599

Pomaranczowe drzewa, kaktusy, bambusy, sadzawki, fontanny i duzo, duzo spokoju bardzo pozytywnie wplywaly na nasze samopoczucie a dzieciom pozwalaly wybiegac sie iI nabac checi na dalsze zwiedzanie miasta. Koty walesajace sie wszedzie, zolwie i ptaki (bociany!) byly przyjemna atrakcja i dodatkiem do i tak ciekawej flory ogrodow. 

DSC_3550

Ktoregos popoludnia przejechalismy sie jeszcze po miescie bryczka, co z dzieciakami jest zawsze dobrym pomyslem. Dzieki temu mozna “pobyc w miejscie”, przemiezyc zatloczone ulice bez koniecznosci brania udzialu w starciach z innymi uczesnikami ruchu. Przejazdzka dala duzo radosci dzieciom a rodzicom odrobine wytchnienia.

DSC_3754 DSC_3761

Marrakech byl wspaniala przygoda, miejscem, jakiego nigdy wczesniej nie doswiadczylismy . Ale po kilku dniach z najwieksza radoscia ruszalismy dalej ku nowej przygodzie: w Gory Atlas.

DSC_3637

DSC_3652

DSC_3658

DSC_3682DSC_3697

DSC_3728 DSC_3689 DSC_3615

DSC_3710