Mediolan

Nasza wizyta w Mediolanie skladala sie z pasma niespodzianek i ogromnej liczby nieplanowanych wydarzen, halasu, tlumu i trudnosci, ktorym dzielnie stawialismy czola, tak, ze na koniec uznalismy, ze bylo super swietnie i podobalo nam sie przeogromnie.

IMG_1079

Zaczelo sie od pobudki wczesniej niz zwykle, zeby zdazyc na Pendolino, ktorym mielismy przejechac cale Wlochy w kilka krotkich godzin. Trzy kwadranse przed godzina odjazdu stawilismy sie na peronie z biletami w reku gotowi choc niewyspani, tylko po to, zeby dowiedziec sie, ze nasz pociag opozniony jest o ponad godzine. Dzieciom wydawalo sie to nie przeszkadzac zbyt mocno. Bezzwlocznie przystapily do organizowania wyscigow walizek  na peronie, na czym spedzily pierwsze kilka kwadransow oczekiwania na odjaz pociagu. Ostatni kwadrans uplynal im na opatrywaniu pokrwawionych kolan.

Podczas gdy dzieci halasowaly radosnie, ja probowalam odespac nielatwa poprzednia noc. Kiedy w koncu pociag nadjechal wskoczylismy do srodka, poszukujac swoich miejsc. Ku naszemy zaskoczeniu siedzenia z naszymi numerami , byly juz zajete przez kilku mlodych mezczyzn. Grzecznie poprosilismy o  zwolnienie miejsc, na co oni sie od razu zgodzili. Uprzejmie tlumaczyli, ze usiedli na nich tylko dlatego, ze ich miejsca byly juz zajete, przez kilka mlodych pan, ktorych to miejca byly zajete przez kilka starszych panow, ktorych miejsca byly juz zajete przez…

W koncu udalo nam sie usiasc i bezpiecznie ulokowac bagaze.

Obok nas miejsce zajela elegancka pani z malym bialym pieskiem z kolorowa obroza. Wszyscy Wlosi a przede wszystkim Wloszki wydawaly sie nam piekne, zadbane i na wskros eleganckie. Pani rozlozyla kocyk na siedzeniu sasiednim, na ktorym piesek grzecznie polozyl sie i zasnal. Z drugiej strony usiadla lekko mniej eleganca Pani z wielkim kudlaczem, ktory polozyl sie na podlodze i znudzony  rowniez przymknal leniwie oczy. Nasza Tereska widzac to psie towarzystwo bardzo sie przestraszyla, Najpierw ku naszemu niezadowoleniu wdrapala sie moje na kolana, obiecujac, ze nie zejdzie z nich do konca podrozy bojac sie psich klow. Nie pomagaly prosby i tlumaczenia, ze obok  zaraz przy oknie, tak jak chciala ma wlasne miejsce a psy sa wystarczajaco daleko i najwyrazniej spia. Nie chciala zejsc z kolan trzymajac sie kurczowo mojej szyi.

Wkrotce jednak widzac kompletny brak zainteresowania ze strony czworonogow, postanowila sprawdzic, czy rzeczywiscie, jest czego sie bac.  Nagle zeslizgnela sie z moich kolan probujac pociagniac duzego psa za ogon. Teraz sytuacja zmienila sie zupelnie, bo to ja probowalam  utrzymac Tereske na kolanach, z ktorych ona wyrywala sie na wszystkie sposoby w kierunku duzego psa.

Po kolejnych kilku minutach walki z niepochamowana ciekawoscia corki, sytuacja zostala opanowana i moglismy w koncu rozlozyc stolik przed nami, wyjac obowiazkowy w podrozach koleja prowiant i rozpoczac gry i zabawy podrozne. Mielismy ze soba tylko karty, ale sa one wystarczajaca wielofunkcyjne, zeby zapewnic zajecie na dlugi czas podrozy. Wlasciwie uznajemy karty za jednych z naszych wiekszych sprzymierzencow na wakacjach. Waza prawie nic, mieszcza sie w tylnej kieszeni a rozrywki dostarczaja na dlugie godziny i w dodatku sa odpowiednie dla podroznych w kazdym wieku. Mozna nimi grac, mozna nimi liczyc, mozna je ustawiac w domki. Mozna nimi sie bawic w Krolestwo Trefli. I do tego mozna to robic wszedzie: wystarczy kawalek stolika, kolana lub po prostu wolne rece.

IMG_1066

Gdy dojechalismy do Mediolanu bylo juz popoludnie. Przywital nas ogromny zgielk i tlum na dworcu. Jest to jeden z najpiekniejszych dworcow w calej Europie, przy okazji jeden z wiekszych. Dla nowoprzyjezdnych, zwlaszcza z dziecmi moze wydac sie przepoterzny. My krazylismy po nim jakis czas probujac dotrzec do wyjscia. Szukalismy wiec tabliczek „Uscita” i sumiennie podazalismy w wyznaczonych kierunkach. Dla dzieci to zawsze jest pierwszorzedna zabawa, ja nie jestem jej wiekim fanem…

 Za nim jednak udalo nam sie dotrzec do wielkich drzwi wyjsciowych, uznalismy, ze wazniejsze bedzie dotarcie do dworcowych toalet. Te okazaly sie znajdowac dokladnie na drugim koncu budynku. Przemierzylismy wiec caly dworzec jeszcze raz tyle ze w przeciwnym kierunku, co z naszymi walizkami, dworcowymi ruchomymi schodami i pedzacym wloskim tlumem wcale nie bylo proste. W koncu stanelismy przed waskimi bramkami otwierajacymi sie na krotkie dwie sekundy po wrzuceniu monety. Mama wziela dwa glebokie oddechy i zanuzyla nos w portmonetce. Byla tam tylko jedna odpowiednia moneta, czyli o cztery za malo. Nie bylo wyjscia  jak tylko zostawilc  przestepujace juz z nogi na noge dzieci z zadaniem pilnowania walizek i pobiec szukac monet. Pan Dozorca Bramek zapytany o pomoc wskazal znajdujaca sie w poblizu maszyne do zamiany banknotow na monety, przed ktora stalo juz kilka osob, wszyscy z walizkami i przestepujacy z nogi na noge. Po kilka minutach kazde dziecko trzymalo w rece odpowiednia monete i powtarzalo glosno instrukcje,  jak przejsc z walizka przez bramke i nie utknac w srodku. Widzac nasza pelna mobilizajce Pan Dozorca usmiechnal sie szeroko i zakomunikowal bardzo glosno, ze u niego rodziny wielodzietne wchodza gratis. Jednym sprawnym ruchem odsunal wszystkie bramki na bok i sam wniosl nasze walizki do srodka. „Uff, lepiej pozno niz wcale przeciez”- pomyslalam,  usmiechnelam sie z wdziecznoscia i schowalam wszystkie monety spowrotem do portmonetki. Na do widzenia Pan Dozorca pomachal nam reka i zyczyl udanego pobytu w Mediolanie. A my ruszylismy na poszukiwanie drogi do (mediolanskiego) domu.

Po dlugim spacerze odnalezlismy najpierw kilka przystankow autobusowych, potem  tramwajowych i gdy juz wiedzieslimy, skad odjezdzaja wyszystkie pojazdy naziemne,  postanowilismy pojechac metrem.

Przy postoju taksowek na widok VW do zludzenia przypominajacego nasze auto, mniej wiecej w drugim kwadransie krazenia po dworcu, przezylismy powazny kryzys i o malo nie skrecilismy w kierunku postoju taksowek, ale dzielnie wytrwalismy w postanowieniu podrozowania  metrem. Trud nasz zostal sowicie wynagrodzony, gdy po krotkiej przejazdzce, wychodzac z podziemia metra oczom naszym ukazala sie Duomo w calej swojej okazalosci, dumie stojaca na centralnym placu miasta. To byl naprawde najpiekniejszy moment tego dnia. Teraz wystaczylo nam tylko poszukac odpowiedniej uliczki i juz bylismy w domu.

Zatrzymalismy sie w mieszkaniu tuz przy ulicy Turino kilkaset metrow od Duomo. Stary wloski dziedziniec, drzwi na zasuwe, wysokie okna pod sam sufit, kamienne posadzki i  widoczne cegly w niegladkich scianach bardzo nam sie podobaly.  Dzieciami skakaly z zachwytu. Trudno byloby tu zyc na codzien, ale na kilka dni wakacji miejsce wydawalo nam sie fantastyczne. Najfajniesze oczywiscie bylo to, ze do centralnego placu z wielka bazylika bylo tylko kilka minut  piechota. Cieszylismy sie, ze mozemy do samego zmierzchu brac udzial w zyciu miasta. Nasza radosc jednak  byla juz lekko mniejsza, gdy okazalo sie ze musimy uczestniczyc  w tym zyciu cala okragla dobe! Najpierw do godziny drugiej w nocy lezac w lozku imprezowalismy razem w pobliskim pubem, potem okolo czwartej uczestniczylismy w czyszczeniu ulic smiesznym pojazdem z glosnym klaksonem i pomaranczowym swiatlem. Potem przed szosta swiadkowalismy panu wynoszacemu donice na srodek chodnika, potem przyszla pora na stoliki i krzesla, a potem Tereska chciala siusiu i juz zaczal sie kolejny dzien: tlumy przechodzily obok naszych okien rozmawiajac we wszystkich jezykach. 

IMG_1069

W Mediolanie jest kilka bardzo powaznych atrakcji, ktore trzeba odwiedzic. Niestety nie sa one dla dzieci. Latem odbywala sie w Mediolanie wystawa Expo, prezentujaca glownie zywnosc i potrawy Europy. Bylo tam rowniez stoisko polskie, ktorego bylismy ciekawi. Ostatecznie jednak postanowilismy zrezygnowac z wizyty na Expo obawiajac sie kolejnego popoludnia w tlumie.

W Kosciele Santa Maria delle Grazie znajduje sie oryginalny obraz „Ostatnia Wieczerza” Leonarda Da Vinci, do ktorego niestety nie udalo nam sie zarezerwowac wejscia na odpowiednia date wiec i z tej atrakcji zrezygnowalismy.

Wizyty z La Scala nie planowalismy wcale uznajac repertuar za zbyt powany choc doroslym bardzo warto tam zajrzec. Postanowilismy za to odwiedzic przepiekna Duomo, jej muzeum i wejsc na jej dach skad mozna podziwiac panorame miasta.

IMG_1072

Rankiem wybralismy sie w kierunku Katedry. Jest ona o kazdej porze dnia oswietlona inaczej i za kazdym razem zachwyca swoim ogromem i bogactwem. Ustawilismy sie w kolejke po bilety i dzielnie odczekalismy swoj czas, az w koncu nadeszla nasza kolej na krotka rozmowe z Panem z Okienka. Pan objasnil nam, ze dzieci owszem moga wchodzic  wszedzie,  wozek tez. Poradzil, ze na wieze mozna wjechac widna a bilety sa wazne az trzy dni. Zadowoleni skierowalismy sie prosto do wejscia do katedry, ktorego strzegli eleganccy panowie z krotkofalowkami. Pewnej pani ze zbyt skapym okryciem ramion nie wpuscili wcale, natomiast nas przepuscili z usmiechem glaszczac po glowie Tereske. Wchodzilismy do przeslawnej Katerdry Mediolanskiej, dziela pieciu pokolen wybitnych tworcow i bylismy w doskonalych humorach. Az do momentu, gdy Tereska zakomunikowala, ze musi odwiedzic toalete. Teraz. Nie byl to pierwszy raz, kiedy bylismy postawieni w takiej sytuacji, Wlasciwie wcale nas one nie zaskakuja. Trzeba wtedy dzialac szybko, ale nie panikowac. Tak wlasnie zrobilismy: ewakuowalismy sie z Katedry do pobliskiej jadlodalni i w ciagu kilku  minut byo juz po sprawie. Postanowilismy wrocic wiec do katedry.  Jednak panowie, ktorzy przed chwila jeszcze glaskali glowe Tereski podziwiajac jej blond wlosy, niebieskie oczy i usmiechnieta budzie, tym razem powiedzieli wyraznie „stop”, „wasze bilety sa juz zrealizowane”,uslyszelismy. Tlumaczenia, ze my przeciez tylko „na siusiu” , ze bylismy tu przed chwila i ze jeszcze nawet nie doszlismy do muzeum, na nic sie nie zdaly. To byl prawdziwy cios. Czulismy sie straszliwie nieszczesliwi i oszukani. Nie chcielismy sie jednak poddac przeciwnosciom. Postanowilismy puscic to niepowodzenie w niepamiec i pocieszyc sie na wiezy kosciola widokami miasta, a potem zastanowic sie, co dalej. Ruszylismy do windy po drugiej stronie kosciola. Tam po odczekaniu w kolejce kilkunastu minut doszlismy w koncu do pani przy bramce wpuszczajacej do srodka. Tu okazalo sie, ze nasze bilety nie sa na winde bynajmniej tylko na schody i skorzystac z windy nie mozemy. Ale owszem ze schodow jak najbardziej, te znajduja sie po drugiej stronie kociola.

Wzielismy wszyscy gleboki oddech, dwa glebokie oddechy, popatrzelismy na siebie wszyscy mocno wspierajaco nic nie mowiac i popchalismy wozek z Tereska, zeby przyjrzec sie schodom. Mielismy watla nadzieje, ze moze uda nam sie z nimi zmierzyc. Tuz przy wejsciu Pani sympatycznie poinformowala nas, ze wozek trzeba zlozyc i wniesc ze soba na sama gore, bo nie wolno go zostawiac na dole.  Tego robilo sie juz za duzo i  nasza cierpliwosc w koncu sie wyczerpala. Jeszcze przed chwila martwilismy sie, ze wciaganie Tereski na gore moze byc zbyt meczace, teraz Tereska byla tylko czescia ciezaru. Pani widzac nasza rozpacz dadala szybko, ze bilety mozemy wymienic na te na winde spowrotem  w kasie. Tlumiac w sobie nerwy, poszlismy wiec znow do kasy, odstalismy jeszcze raz kwadrans w kolejce, ale, gdy w koncu dostalismy sie do malego okienka, przez ktore usmiechala sie tym razem Pani Kasjerka, dowiedzielismy sie, ze nic z tego, bo musielibysmy taka wymiane zrobic u pana, u ktorego kupowalismy bilety, a jego juz nie ma.  To byla kropla przelewajaca czare goryczy. nasza cierpliwosc sie skonczyla. W jednym momencie mielismy dosc  Wloskiej Stolicy Mody, dosc obslugi Pieknej Duomo. Nie mielismy juz ochoty ani na katerdre, ani na muzeum, ani na widoki ani na zadna inna wloska rozmowe z nikim!  Gotowi bylismy za rada Agnieszki O. „wsiasc do pociagu byle jakiego”  i najlepiej nie wysiadac z niego, az zaczna powiewac bialo-czerwone flagi na horyzoncie. Ruszylismy przed siebie marszem jak najszybszym, byle dalej od poterznej Duomo. 

Na szczescie do dworca bylo daleko a po drodze natknelismy sie na muzemum wynalazkow Leonadra Da Vinci zorganizowna przez fundacie DaVinici3. Tam na niewielkiej przestrzeni wystawione sa wszystkie wynalazki Wloskiego Geniusza, ktore udalo sie zbudowac na podstawie jego zapiskow. Jest ich cala masa. Glos w aparacie sluchowym ciekawie opowiada o historii i wlasciwosciach kazdego z nich. Niektore, na przyklad most bez gwozdzi, mozna probowac budowac samemu. Wystawa jest bardzo interesujaca, absorbuje wyobraznie, pobudza do myslenia. Najlepiej poswiecic na nia caly ranek i absolutnie sie nie spieszyc, tylko dac sobie czas wsluchac sie w historie o niesamowitym Da VInci i jego  wynalazkach.

 

Po wyjsciu od Leaonarda bylismy dosc zmeczeni, ale za to w znacznie lepszych humorach. Znowu smialy nam sie buzie. Teraz postanowilismy juz tylko dogadzac sobie do konca dnia i nie przejmowac sie niefortunnoscia porannych wypadkow. Poszlismy wiec na duze wloskie jedzenie i mala czarna kawe. A potem jeszcze na lody. I na co tylko chcielismy. W koncu byly wakacje. A nastepnego ranka, zaczelismy wszystko jeszcze raz.

IMG_1060 IMG_1094

Gdy kilka dni pozniej znow przemierzalismy wielki dworzec kolejowy szukajac peronu numer 12, Mama silac sie na ostatki cierpliwosci przygryzala wargi. „Zebysmy sie tylko nie spoznili na ten pociag” powtarzala w duchu i przyspieszala kroku, popychajac wozek z Tereska. 

„Dzieciaki szybciej, Idziemy, Idziemy” – Mama co chwila poganiala starajace nie zgubic sie dzieci. 

Nagle tuz przy peronie numer 12 stanal przed nami  wysoki brunet z usmiechnieta buzia. „Czy ma Pani ochote na udzial w demonstracji makijazu?” zapytal. „Nie potrwa wiecej niz kwadrans.

W tym momencie Mamie przypomnialo sie, jak dawno temu na wakacjach z plecakami, w „spodniach wytartych i butach starych” jedna z kolezanych opiekujaca sie grupowa apteczka trzymala w niej… szminke.  

„Makijaz? Oczywiscie! Dzieciaczki, popilnujcie pociagu, zeby nam nie odjechal. Prosze. Albo moze pojedziemy nastepnym. Przeciez sa wakacje.” 

 

Bylo super.