KORNWALIA

Kornwalia jest tą częścią Anglii, na wspomnienie której, Anglikom rozmarzają się oczy. „Ach, jak tam jest pięknie” wzdycha każdy. A dumni jej mieszkańcy noszą na ustach szeroki uśmiech z radości, że mogą na to piękno patrzeć na codzień i się nim cieszyć. I wcale nie woleliby żyć w Londynie… Prawdziwie nie można się im dziwić, bo Korwalia jest przepiękna, choć nie jest łatwa. Jest wietrzna, nadmorska i obficie pagórkowata, jak się okazało – zbyt obficie.

IMG_0021

 

Naszym pierwotnym zamiarem było objechanie jej wokół na rowerach, by z pozycji rowerzysty oglądnąć najciekawsze miejsca. Ale już po drugim dniu musieliśmy zweryfikować nasze zbyt ambitne plany. Tyle jest tam do zobaczenia i zasmakowania, że nasze siły okazały się niewystarczjące, aby wszędzie zdążyć na jednośladach. Z planowanej wycieczki rowerowaj, zrobiła się nam wycieczka krajoznawcza, która pełna była rowerowych i nierowerowych przygód.

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Saint Austell w pobliżu Eden Project, który od kilkunastu dopiero lat jest jedna z najbardziej znanych atrakcji Korwalii. To experymentalny ogród z roślinami z całego świata hodowanymi w imponujacych kulistych szklarniach, jak również na swieżym powietrzu. Spędziliśmy tam cały dzień – zupełnie na piechotę. Oprócz spacerowania wśród bananów, kawy i oliwek, można tam również brać udział w zabawach, pogadankach, pokazach z tematów ekologicznych. Nam najbardziej podobał się pan demonstrujący, jak działa siła przyciągania ziemskiego na przykładzie pięciu piłeczek, którymi żąglował z godna podziwu łatwością oraz „mini ciufcia”, która objeżdżała ogród wokoł. Do tego lody oczywiście, z których Korwalia słynie.

Pomagając sobie w dużej mierze autem dojechaliśmy któregoś dnia do Land’s End. Tu Anglia kończy się.  I tu również kończy się lub zaczyna kultowa dla tutejszych rowerzystów trasa Land’s End -John O’Groats biegnąca przez całą wyspę aż po krańce Szkocji. Własnie podróż tą zaczynała grupa motocyklistów ochoczo robiących sobie zdjęcia przy tabliczce wyznaczającej początek trasy. My, których tegodniowy etap rowerowania ograniczał się do kilku nadbrzeznych kilometrów, nie śmieliśmy zrobić sobie zdjęcia z kieruknowskazem z napisem: John Groat’S 834 miles.   (www.discoveradventure.com/challenges/land-s-end-to-john-o-groats-cycle) Ale wciąż mamy to w planach…

Land’s End potrafi być pełen turystów, na których czekają atrakcje w charakterystycznym angielsko-nadmorskim stylu. Na szczęście my dotraliśmy tam tak póznym popołudniem, że większość amatorów głośnych „Amusements” przeniosła się już wgłąb lądu. Mieliśmy więc całe piękne wybrzeże i zapierający dech w piersiach widok na ocean tylko dla siebie. To był dla nas jeden z piękniejszych wieczorów.

Innego dnia wybraliśmy się na zamek Św. Michała (Saint Mont Michael), który jest siotrzaną budowlą do St. Mont Michael na granicy Normandii i Bretanii. Jest znacznie mniejszy lecz za to podczas przypływu zupełnie zanurzony w wodzie, czego doświadczyliśmy i  powrotną drogę na ląd musieliśmy odbyć łódką. Zrobił na nas ogromne wrażenie. Dostalismy nawet złote medale, za poprawne rozwiązanie quizzu na temat zamku.

Na koniec popedałowaliśmy na północ do zamku Tintagel a raczej jego ruin osadzonych na sklalistym brzegu nad oceanem. Mimo bardzo stromych schodów, wąskich przejść i nadmorskiego wiatru było to zdecydowanie najpiekniejsze miejsce, które odwiedziliśmy w Korwalii. Tym badziej, że trafiliśmy na przedstawienie rycerskie, które pochłonęło naszą uwagę na kilka długich godzin.

IMG_0348IMG_0357IMG_0375IMG_0383

Z Korwalii wracaliśmy bardzo uśmiechnięci, owiani nadmorskim wiatrem, z pełnym zrozumieniem dla tych z rozmarzonym wzrokiem „ach tak, jak tam jest pięknie”.

IMG_0254