Walia – Wybrzeże Atlantyku 

Na plażę w Walii idzie się po zupełnie inne doznania niż na plażę na przykład w Sopocie. Nie ma kocyków ze strzaskanymi na mahoń wczasowiczami, nie ma sprzedawców lodów hałaśliwie zachwalających swoje zmrożone pyszności, nie ma sypkiego białego piasku, często nie ma nawet słońca! A jednak potrafi być przyjemnie i miło, wakacyjnie, radośnie i w pełni przygodowo.

Obowiązkowym elementem wyposażenia plażowicza jest pianka, jako że woda może być chłodna. Najlepszą zabawką jest deska surfingowa, na  której można pływać na falach. Na otwartych plażach fale potrafią być tak wielkie, że dorosłych aż starch bierze! W zatoczkach jest znacznie spokojniej i cieplej.

Pływy mogą spłatać kąpiącym się prawdziwą niespodziankę. Przy odpływie do kąpieli trzeba wybierać się w prawdziwy spacer od ręczniczka. Po plaży bez problemu jeżdżą wtedy auta, rowery i żaglówki na  kółkach.   Przy przypływach natomiast konieczne jest baczne pilnowanie własności przed zamoczeniem skradającą się falą.

Nas cieszyły nadmorskie widoki klifów i niezliczonych łąk i pastwisk, oczywiście z owcami i baranami, do których mocno już zdążyliśmy się przyzwyczaić. To częste połączenie zieleni łąk, błękitu nieba i granatu wody tworzyło przepiękny obraz, na który można godzinami patrzeć bez najmniejszej nudy.

Plaże, te najładniejsze, oznaczone są niebieskimi flagami i nietrudno je znaleźć na mapie. (www.keepwalestidy.org/welsh-beaches/awards/blue-flag)  W innych obszarach królują klify z ostrymi skałami i częstymi jaskiniami. Wzdłuż całego walijskiego wybrzeża ciągnie się oznaczona piesza trasa Wales Coastal Path mierząca ponad tysiąc kilometrów. My skosztowaliśmy jej maleńki kawałek (www.walescoastpath.gov.uk/explore-by-area/pembrokeshire/long-walks.aspx?lang=en ) i podobało nam się tak ogromnie, że zaczęliśmy ostrzyć zęby i szykować nogi na więcej.

Zatrzymaliśmy się w schronisku młodzieżowym yha Pwll Deri, (www.yha.org.uk/hostel/pwll-deri) które okazało się strzałem w dziesiątkę: nasze okna wychodziły wprost na ocean. Najpierw  kolację jedliśmy patrząc na zachodzące słońce i w wyśmienitym międzynarodowym towarzystwie piechurów i wędrowców A po ich wyjsciu na trasę, zostaliśmy sami i mieliśmy na następny wieczór cały dom dla siebie.

 

Pembrokeshire jest prawdziwą dobrze skrywaną perełką Wielkiej Brytanii i warto się na nią odważyć  przylatując z dziećmi zobaczyć Big Bena.