PIRENEJE

O wyjeździe w Pireneje myśleliśmy już jakiś czas. Głównie dlatego, że są tak daleko, zupełnie nie po drodze i że nikt „z naszych”  tam nie jeździ. Na cały wyjazd przeznaczyliśmy miesiąc. Dojazd zajął nam tydzień, po drodze zwiedzaliśmy masę ciekawych miejsc. Powrót trwał też około tygonia – wracaliśmy inną drogą. Na miejscu, w maluteńkiej miejscowości Verde mieszkaliśmy dwa tygodnie.

Przed wyjazdem próbowaliśmy jak najwięcej dowiedzieć się o Pirenejach, pod kątem pobytu z dziećmi, lecz niestety nie udawało nam się znaleźć zbyt wiele informacji. Internet jest oczywiście pomocny najbardziej, choć nie do końca dokładny. Znaleźliśmy kilka ciekawych pozycji książkowych w języku angielkim. Najwięcej informacji jest oczywiście po francusku i do tego w samej Francji. Jak się okazało nasza Pani gospodyni (którą znaleźlismy na stronie http://www.amivac.com) dysponowała pierwszorzędnymi przewodnikami i mapami, tak, że na miejscu planów na spędzanie czasu mieliśmy aż nadto.

Lato było upalne i po kilku próbach chodzenia po górach okazało się, że nogi Tereski nie dadzą rady dłuższym wyprawom na szlakach. A przepięknych tras  jest tam co niemiara. Największym wyzwaniem w Pirenejach są szlaki GR10 po stronie francuskiej i GR11 po stronie hiszpańskiej prowadzące od Morza do Oceanu. Na przebycie takiej trasy potrzeba minimum 40 dni.  Nam wystarczyły kilkugodzinne spacery w góry, które przy sierpniowym upale były nielada przygodą.

Na szczęście w kilku sąsiednich wioskach odnaleźliśmy baseny odkryte, najczęściej ze zjeżdzalniami i atrakcjami dla dzieci. I tam zazwyczaj kończyliśmy nasze popołudnia. Dzieciaki mogłyby nie wychodzić z wody, a nogi Tereski nie znały zmęcznia.

W połowie pobytu dołączył do nas nasz wujek z rodziną, co było dodatkowym urozmaiceniem wakacji. Na ten czas znaleźliśmy nawet trasę górską odpowiednią na wózek, tzw. spacerówkę. I choć szczytów nie zdobywaliśmy, był to jeden z przyjemniejszych dni w Pirenejach. Zamiast męczyć się marszem, rozłożylismy się plenerowo z farbkami i dzieciaki malowały widoki, a dorośli korzystali z cienia.

Któregoś upalnego dnia przemarzliśmy do szpiku kości. Wszystko dlatego, że wyruszyliśmy do jaskini, gdzie temperatura spadła do zera stopni. Nasze letnie kurtki zupełnie nie wystarczyły i trzęśliśmy się jak osiki. Ale jaskinie są tam bardzo ciekawe. Za najpiękniejszą zgodnie uznaliśmy Grotte Madaleine, do której trafił nasz wujek. W całej Francji pięknych jaskiń nie brakuje i warto po drodze zaplanować wizytę w którejś z nich, zwłaszcza w upalny dzien podróży (http://www.france-voyage.com/tourism/grottes-panorama.htm).

Gdy drugim razem wybraliśmy się w głąb ziemi, ubraliśmy się tak ciepło, że nie poczuliśmy na sobie ani odrobiny chłodu. Tylko krew mroziła się nam w żyłach, gdy płynęliśmy podwodną rzeką, co chwila uchylając głowy pod długimi stalagtytami.

Nasza pani gospodyni poinformowała nas dokładnie o wszystkich okolicznych dniach targowych więc z radością korzystaliśmy z szerokiej gamy lokalnych produktów: brzoskwiń, moreli, cytrusów, winogron i całej masy warzyw oraz przypraw w niesuszonej postaci. Dodatkowo odwiedzanie targowisk, dawało nam możliwość rozmawiania po francusku, jako że żaden inny język nie jest w tej części Europy używany.

W czasie pobytu w Verde udało nam się również odwiedzić Andorę, Lourde i Carrcassone. Przy  trasie dwóch tysięcy kilometrów od domu, dodatkowe sto czy dwieście, to już przecież tylko spacerek.

Pireneje są daleko inne niż Alpy, bardzo francuskie (od strony północnej) nawet swojskie, powolne i niekomercyjne. Nam podobały się ogromnie, również dlatego, że był z nami Dziadek „Pierwszorzędny Kompan w Podróży” oraz wujek, ciocia, kuzynki i kuzyni.