ZIMA NA MAJORCE

Tym razem zamiast na narty pojechaliśmy na Majorkę. Wyspa w zupełnym bezsezonie jest godna polecenia tym, którzy lubią spacerować lub  zwiedzać w ciepłe acz nieupalne dni. Plaże są puste, lecz wciąż piękne i wystarczy, że zaświeci słonce a od razu robi się najprawdziwsze i nieuciążliwe lato.

Bedąc amatorami wycieczek bardziej niż plażowania, zatrzymaliśmy się w domu w górach w miejscowości Orient w północnej części interioru i samo morze mieliśmy od siebie o kilkanaście kilometrów krętej górskiej drogi. Tą pokonywalismy codziennie i chętnie choć początkowo ze wstrzymanym oddechem!

Najpierw wybraliśmy się do miejsca, gdzie mieszkał kiedyś Fryderk Chopin, a że  on  również przebywał tam zimą, wydawało nam się, że jesteśmy w stanie doświadczyć miejsc, gdzie mieszkał, zupełnie tak jak on: przejść po balkonie, po którym chodził, podziwiać widok, który go zachwycał i poczuć chłód i wilgoć, na które narzekał.

 

Warto znaleźć i  przeczytać książkę samej George Sand  pt. „Zima na Majorce”. Jej opowiadanie o ich życiu i wyspie jest bardzo kolorowe i  zabawne a często prorocze; z przyjemnością się je czyta zwłaszcza będąc na Majorce.

Gdziekolwiek pojechalismy na wyspie, wszędzie zachwycały nas przepiękne widoki: charakterystyczne domy i ogrody pełne pomarańczy, mandarynek i cytryn, skały, wysepki, zatoczki i zawsze dalej lub bliżej obecne morze. Oprócz tych wszakże stałych elementów wyspy, mnóstwo było jeszcze rowerzystów szosowych i  niemieckich turystów.

Zima to wyraźnie pora dla amatorów wędrówek pieszych i jednośladów. Szlaków pieszych w północnej Majorce jest całkiem sporo i warto skorzystać z nich choć jeden dzień. Rowerowanie jest dla ambitnych i koniecznie z kondycją olimpijczyka.

 

Nam udało się trafić na dni słoneczne i ciepłe więc chętnie czas spędzaliśmy nad morzem. Woda jednak była zimna; dla niektórych po prostu za zimna.

Któregoś dnia wybraliśmy sie nad miłą plażę w okolicy Cala Blava, gdzie rozłożyliśmy się z piknikiem. Dzieciaki od razu przebrały się w kostiumy i pobiegły przywitać się z morzem. Weszły do kolan i zrezygnowały, potem znów spróbowały i weszły znacznie dalej. Zaczeły bawić się, pływać, wyraźnie sprawiało im to dużo przyjemności.

Na tej samej plaży bawiło się jeszcze jedno rodzeństwo, podobnie radośnie pluskając się w zimnej wodzie. Nasz Tata zachęcony zachowaniem dzieci również ruszył ku wodzie. Ale wystarczyło, że zamoczył stopy, by grymas bólu wylał mu się na twarzy i stracił chęci na zabawę w wodzie. W tym samym czasie nad wodą pojawił się również tata drugiego rodzeństwa z identycznym  efektem kończąc próbę dołączenia do swoich dzieci. Oba rodzeństwa nie zwracały na siebie większej uwagi, odnotowały jedynie wzajemną obecność i dalej bawiły sie w swoim gronie. Panowie natomiast ukradkiem lecz wnikliwie zeskanowali się wzrokiem. W krótkim czasie nasze dzieci wróciły na sam brzeg prosząc Tatę, żeby do nich dołączył na głebszej wodzie. Tata trochę się opierał i wyminigiwał; ale w końcu postanowił stanąć na wysokości ojcowskiego zadania. Na palcach, choć woda nie była głęboka, łapiąc równowagę rękoma, choć grunt był stabilny, ruszył na przód. Nie było łatwo i nie trwało to krótko, ale w końcu się udało i zaczęła się zabawa w podrzucanie, pociąganie, nurkowanie, chlapanie; pod wodą, nad wodą; każdy po kolei. Po kilku minutach tych sportów ekstremalnych nasz Tata zarządził powrót na brzeg i docieplanie w słoncu. Wtedy, wraźnie zachęcone sukcesem naszej gromadki, drugie rodzeństwo ruszyło do ataku: przybiegły do swojego taty,  zaczęły go prosić i ciągnąć za ręce, żeby zrobił to samo. Niestety ich tata był znacznie skromniej przygotowany do obcnowania z zimną wodą i choć widocznie miał chęć sprawić dzieciom przyjemność,  niestety w okolicy bioder poddał się i zdecydował się wycofać. Szkoda.

No cóż: „twardym trzeba być, a nie miętkim!”