Islandia – Fiordy Zachodnie (cz.4)

Na Fiordy Zachodnie popłyneliśmy promem z miejscowości Stykkisholmur na północnej części Półwyspu Snaefellsjokull.

Na prom wsiedliśmy wczesnym popołudniem wraz z niewielką ilością innych podróżnych. Byli to przede wszystkim Islandczycy; nie jest to popularna trasa turystyczna, choć bardzo ciekawa. W czasie kilkugodzinnej podróży, podczas której wichura uniemożliwiała nam wyjście na pokład, dzielnie I zwycięsko mierzyliśmy się z chorobą morską. Dookoła widać było tylko morze. Ląd zniknął za nami dość szybko, a gdy pojawił się ponownie prosto przed nami na horyzoncie, okazało się, że to… znowu Islandzkie nic.

Przystań składała się z drewnianego pomostu i budki z kasą. Samochody wyjeżdzające rozjeżdżały się wzdłuż surowego wybrzeża ginąc w szarości krajobrazu. Chmury wisiały tak nisko I wyglądały tak ciężko, że chciałoby się z lekka pochylić plecy, aby ich nie dotknąć. Ruszyliśmy na zachód przez żwirowe góry w kierunku następnego noclegu. Mgła była bardzo gęsta, droga nieoznaczona żadnym szlakiem, piaszczysta, bez pobocza. To była bardzo trudna jazda, ale przewrotnie pokonaliśmy ją chyba właśnie dlatego, że nie widzieliśmy nad jakimi urwiskami jedziemy! Rano, gdy obudziliśmy się w naszym nowym miejscu z pełnym słońcu, nie mogliśmy nacieszyć się widokami tego odludnego zakątka. Był to Melanes Campsite.
Kemping leżał tuz nad szeroką, piaszczystą plażą, która zamieniała się w ogromną pustynie podczas odpływu. Po śniadaniu poszliśmy „szukać morza” I dotarliśmy do niego dopiero po kilku godzinach marszu, choć wydawało nam się, że widać je tuż tuż!
Zanim doszliśmy do wody morskiej po drodze znaleźliśmy również kilka wielkich stad fok, które wylegiwały się na piasku czekając na przypływ. W kilku miejscach utworzyły się potoki z zimną wodą, w których pływały foki demonstrując zaskakującą prędkość I zwinność. Było jasne, że niektóre po prostu bawiły się ze sobą, inne , bardziej leniwe nie miały ochoty na figle. Siedzieliśmy na już osuszonym słońcem piasku z największym zainteresowaniem przypatrując się foczemu towarzystwu. A potem czekała nas jeszcze droga powrotna, która na koniec zamieniła się w prawdziwy wyścig z zimną wodą przypływową. Tego dnia doświadczyliśmy chyba największej różnicy temperatur I zmian aury w Islandii: od kurtek puchowych po bikini.
Gdy ruszyliśmy znów na północ, pierwszym wyzwaniem była trasa przez góry, którą poprzednio pokonaliśmy we mgle. Tutaj bez auta 4×4 po prostu nie byłoby czego szukać. Drogi są tu szutrowe I piaszczyste z kilkunastoprocentowym nachyleniem. Nie ma poboczy, ani barierek. Nie ma nawet skalistej krawędzi: szosa kończy się piaszczystym nasypem, którym bardzo łatwo ześlizgnąć się w przepaść. Czy droga wiedzie pod górę, czy w dół, wydaje się tak samo niebezpieczna, bo hamowanie grozi poślizgiem, a poślizg oznacza wypadnięcie z trasy, kilkaset metrów w dół. Tubylcy poruszają się jednak po tych górzystych drogach z nieopisaną łatwością, wyprzedzając, wymijając I na pewno nie zwalniając, co wcale nie jest niezgodne z prawem, jako, że jedyne widoczne znaki drogowe, to te nakazujące jechać więcej niż 30km/h, a nie ograniczające prędkość! W takiej sytuacji, to my łamaliśmy prawo, gdy na piaszczystych półkach górskich nerwowo oddychając pokonywaliśmy zakręty prędkością 20km/h. Jednak każdy nawet najwolniej pokonany kilometr przybliżał nas do celu, jakim było miasteczko Pingeyri.
Po drodze udało nam się zobaczyć jeden z najpiękniejszych wodospadów Islandii, Dynjadi, kaskadowy w charakterystycznym lekko trójkątnym kształcie. Droga samochodowa wiedzie tutaj tuż nad nim, tak że można z łatwością stanąć tuż nad rwącą, spadającą wodą, a po kilku minutach podziwiać wodospadw całej jego okazałości z dołu.
W miasteczku Pingeyri nie ma nic oprócz kempingu, centrum sportowego z sauną, stacji benzynowej I kawiarni. Miasto jest malutkim portem, gdzie większość mieszkańców zajmuje się rybołówstwem. Zimą bywa zupełnie odcięte od reszty świata, bo droga przez góry staje się nieprzejezdna. Latem natomiast tętni tu życie I kemping jest pełen turystów, głównie Islandczyków. Jest tu mnóstwo tras pieszych, górskich i konnych. Odbywają się wyścigi kolarstwa górskiego i rozgrywki triatlonowe.


My wybraliśmy się na kilka przechadzek po okolicznych szczytach i na piękną całodniową wycieczkę konną. Pozwoliliśmy wieźć się przez górskie potoki I po stromych żwirowych nasypach oglądając kolejne odsłony Islandzkich krajobrazów I dodatkowo doświadczając niewyobrażalnej ciszy, graniczącej z samotnością. Uświadamiając sobie odizolowanie tego miejsca w miesiącach zimowych z jednej strony, a jednocześnie doświadczając energii tętniącej tu latem powoli zaczynaliśmy rozumieć kontrastową sezonowość życia na Islandii. Sporty, które pozwalają mierzyć się z samym sobą są w islandzkim DNA, a cierpliwość i wytrwałość ćwiczona regularnie podczas zimowych ciemności daje ostatecznie mieszankę pozwalającą Islandczykom cieszyć się każdą chwilą długiego letniego dnia.
Po kilku dniach spędzonych na wycieczkach górskich i rozgrywkach szachów w gorącej wodzie basenu, ruszyliśmy dalej na północ do miasta Isafjordur.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.