Islandia – Północ i droga powrotna na południe (cz. 9)

Ruszyliśmy drogą lądową w kierunku Pól Lawowych Krafla w okolicach miejscowości Myvatn. W tej części Islandii znaleźliśmy bardzo przyjemny basen z wrzącą wodą I widokiem na całą okolicę. Choć pełen gości I turystów zagranicznych, uznaliśmy go za znacznie przyjemniejszy niż katalogowe Blue Lagoon w okolicy stolicy kraju. Mimo że znajdowaliśmy się na samej północy Islandii, ziemia okazała się bardzo ciepła. A że słońce grzało, dni I noce zrobiły się prawdziwie letnie. Wokoło widzieliśmy albo zupełnie czarne pola a może nawet łąki lawy, albo idealnie żółty, gorący piasek z bulgocącymi wrzątkiem źródełkami. Ziemia grzała nas w stopy, słońce grzało nas w buzie. Było bardzo wakacyjnie. Woda w prysznicu jak pod Reykjavikiem pachniała siarką i wszystko naokoło również.


Zmiana scenerii bardzo nas zaskoczyła, ale przyjęliśmy ją z dużą radością. Nie spędzaliśmy już czasu wędrując po górach z widokiem na śnieg lub wybrzeżu o ostrych niebezpiecznych kantach ale dość beztrosko brodziliśmy po kolana we wrzących jeziorkach lub parzącym stopy błotku. Wygrzewaliśmy się w strumykach I saunach z widokiem na wodospady lub parujące rzeki I nie spieszyliśmy się nigdzie, bo słońce wciąż nie zachodziło.
Zrezygnowaliśmy z dalszej podróży wokoło wyspy, gdyż mieliśmy się wkrótce stawić w okolicach stołecznego lotniska na spotkanie z naszym Tatą Pawłem, który dołączał do nas na ostatnie kilka dni. Postanowiliśmy przejechać Interior szutrową drogą w poprzek zamiast pędzić na około asfaltem. Trasa miała ponad czterysta kilometrów i potrzebowaliśmy całego dnia, żeby ją pokonać. Głównie dlatego, że w dużej części prowadziła piaszczystą szosą poprzez pustynię wśród lodowców I wulkanów. W ciągu całego dnia spotkaliśmy nie więcej niż cztery samochody jadące w przeciwnym kierunku, nie widzieliśmy żadnego przechodnia. Raz dogonił nas samochód, który zbliżał się długo wśród tumanów kurzu. Zatrzymaliśmy się przy płaskim poboczu tak, aby mógł nas wyprzedzić, po czym patrzyliśmy długo, jak oddalał się przed nami zostawiając za sobą wirujący grafitowy pył. Większość czasu otaczało nas zapierające dech w piersiach Islandzkie nic, od którego nie mogliśmy oderwać oczu! To kolejna trasa, którą po prostu warto przejechać autem, najlepiej w słoneczny dzień, aby móc poczuć się jak odkrywca krainy nieznanej I bezludnej. Gdy w końcu dojechaliśmy do cywilizacji, okazało się, że byliśmy tuż obok Gejzera więc postanowiliśmy go odwiedzić po raz kolejny. W środku nocy „działał” zupełnie tak samo regularnie, jak o każdej innej porze I znów mieliśmy jeden z cudów Islandii tylko dla siebie. Dopiero po północy dojechaliśmy do miejsca postoju I dopiero wtedy zauważyliśmy, że się ściemnia! Był sam koniec lipca.


Następnego dnia przygotowaliśmy śniadanie zajmując duży stół na kempingowej stołówce. Były urodziny Julki  a do tego jedliśmy je po raz pierwszy od miesiąca w towarzystwie Taty, który przyleciał na końcówkę Islandzkich wakacji. Na wielkiej mapie wiszącej na ścianie kempingu pokazywaliśmy mu gdzie po kolei byliśmy I co robiliśmy przez cały miesiąc. Jeszcze raz przemyślawszy, co pokazać Tacie przez te kilka dni I postanowiliśmy zacząć od gejzera, gdzie byliśmy tylko wieczór wcześniej. Spakowaliśmy się więc i popędziliśmy po raz kolejny stanąć pod tryskającym wrzątkiem źródłem. Tym razem oglądaliśmy go oczami naszego Taty, sami czując się jak tubylcy. Poszliśmy też ugotować jajka w źródle, teraz wiedzieliśmy już dokładnie czego się spodziewać. Powędrowaliśmy na samotną grafitową plażę z wrakiem samolotu, który rozbił się tu lata temu i teraz jest atrakcją turystyczną.


Pokazaliśmy naszemu Tacie Wodospad Skogafoss, przy którym skończyliśmy poprzednio naszą długą wędrówkę w Królestwie Wodospadów.
Mieliśmy jeszcze chęć pojechać na wyspę Heimaey, gdzie znajduję się aktywny wodospad i ziemia jest tak gorąca, że można na kamieniach robić z chleba tosty. Ale niestety nie zdążyliśmy tym razem. Ostatnie dni przed odlotem spędziliśmy w Stolicy, spacerując po uliczkach przeuroczego miasta wśród międzynarodowego towarzystwa.
Gdy już gotowi byliśmy wracać do domu rozdzieliliśmy rzeczy, które mogły wracać z nami od tych, które nie mogły już nam się więcej przydać, dołączyliśmy pamiątki I skarby z podróży I okazało się, że uda nam się zapakować do samolotu zupełnie tak sprawnie jak za pierwszym razem.
Po powrocie największym zaskoczeniem było to, że późnym wieczorem na dworze robiło się ciemno. Takiej ciemności nie doświadczaliśmy przez ponad miesiąc!
Radością było spanie w łóżku. Nagle mocno doceniliśmy własną pościel i fakt, że do umywalki czy pod prysznic można dojść bez nakładania na siebie kurtki i butów.
W Islandii poznaliśmy niesamowite poczucie wolności od czasu, zasmakowaliśmy wody czystej jak łza w górskich strumykach i gorącej pachnącej siarką w gejzerowych źródłach, przemierzaliśmy krajobrazy księżycowe i pustynne, cieszyliśmy oczy widokiem na morze, góry, dzikie zwierzęta I niezliczoną ilość wodospadów. Oddychaliśmy prawdziwie czystym powietrzem i  nie baliśmy się nikogo i niczego czując pełen respekt przed siłą natury. Nie rozstawaliśmy się z kurtkami i okularami słonecznymi, chętnie używaliśmy lornetek, nigdy latarek.
Trudno o pełniejsze doznań wakacje letnie.
Następne za rok, chyba raczej jednak,  w cieplejszym klimacie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.