Islandia – Półwysep Snaefellsjokull (cz.3)

20190714_191135

Kierowalismy się do Fiodrów Zachodnich, ale dotrzeć tam nie jest ani łatwo, ani szybko, tym bardziej, że po drodze jest kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia. Na początek zatrzymaliśmy się w okolicach Lodowca Langjokull. Mówiono nam  jeszcze w Rejkiawiku, że Islandczycy wcale nie wyjeżdżają na letnie wakacje poza swoją wyspę, a jedynie przenoszą się w jej inną część. Ulubionym miejscem na wakacyjny wypoczynek jest właśnie okolica Lodowca Langlokull od strony wodospadu Barnafossar. Postanowiliśmy więc zawitać tam również i rozejrzeć się po okolicy. Lodowiec Langjokull jest dostępny dla piechurów zorganizowanych i indywidualnych. Organizowane są różnorodne wycieczki po jego zgoczach,  a nawet do wewnątrz  lodowca – w białe, śniezne  korytarze, jak u Królwej Śniegu!  My mieliśmy w planie dotarcie do stóp lodowca samodzielnie, przy sprzyjającej pogodzie.

Na początek odwiedziliśmy jednak  miejscowość Borgarbyggd a w niej dwa pierwszorzędne muzea. Pierwsze było galerią zdjęć z dawnych islandzkich czasów, dzięki którym mogliśmy zobaczyć, jak życie wyglądało nad zatoką rejkiawikową sto lat wcześniej. Tak naprawdę nie aż tak wiele różniło się ono on znanych nam obrazów z innych części Europy i świata: ciężka, surowa praca na farmie, przy zwierzętach i domostwa; spotkania ludzi, zabawy na śniegu. Charakterystyczne były zawsze obecne swetry islandzkie, popularne a wręcz uwielbiane do dziś. Drugie muzeum opowiadało o historii znacznie wcześniejszej niż fotografie. Dowiedzieliśmy się, jak Islandia została odkryta i zasiedlona. Przy okazji odsłuchaliśmy kilka okrutnych fragmentów jednej z Sag. Pełna była walk, przemocy, krwi przelewanej z zemsty, nawet z udziałem małych lecz ponad wiek silnych i przebiegłych dzieci. Do końca trudno uwierzyć, że mogło się to zdarzyć naprawdę; zrobiło to na nas ogromne warżenie. Od tego momentu zupełnie inaczej patrzyliśmy na ten kraj.

Wejść na lodowiec  Langjokull, niestety nam się nie udało. Droga wydawała się jak podróż po morzu lub po pustyni: niby widzieliśmy go przed sobą i to dość blisko i wyraźnie, lecz nijak nie zbliżaliśmy się do niego pomimo kilku godzin marszu. W końcu wiatr okazał się zbyt silny, żeby ryzykować dalszą drogę. Ale że w Islandii lodowców jest wpros bez liku, odpuściliśmy marszu mając nadzieję, że jeszcze damy radę dojść do któregoś bliżej.

W Islandii prawie w każdej miejscowości , nawet niewielkiej, znaleźć można basen z sauną. Na niektórych kempingach, tych dla wakacjonujących się  Islandczyków, również. Baseny nie są bynajmniej  kryte i korzystanie z nich polega głównie na relaksowaniu się będąc po szyję zanurzonym w wodzie. Najczęściej jest ich kilka, o różnej temperaturze wody – od 38 do 42 stopni.  Wiele z nich ma zjeżdżalnie dla dzieci i inne atrakcje, czasami można wypożyczyć róznoraki sprzęt, ale bynajmniej nie taki do trenowania kraula czy żabki. Naszym ulubionym były szachy do gry w wodzie, nie licząc saun rzecz jasna.

Po pieszych wędrówkach, które odbywaliśmy każdego dnia, korzystanie z basenów było prawdziwą przyjemnością, dlatego nie odmawialiśmy ich sobie ani trochę.

Na półwyspie Snaefellsjokull zatrzymaliśmy się w miejscu, które upatrzyły sobie foki na legowisko. Na wielkich kamieniach wzdłuż wybrzeża leżały w ogromnej ilości I niemałej masie. Do niektórych można podejść by nawet bardzo blisko, ale pogłaskanie foki nie było naszym celem, natomiast przyglądanie się im sprawiło nam dużo przyjemności. Foki nie robiły sobie z nas nic a nic. My skakaliśmy po głazach próbując zrobić jeszcze lepsze zdjęcie I nagrać chwilę filmu z foką na pierwszym drugim I trzecim planie, one ziewały leniwie.

 

Na plaży Ytri Tunga widzieliśmy pierwszy raz foki w ogromnej ilości w ich naturalnym środowisku i byliśmy tym widokiem absolutnie zachwyceni. Ale w ciągu następnych dni widywaliśmy je prawie wszędzie i cały czas, tak że po dwóch tygodniach nie oglądaliśmy się już na nie zbytnio. Pewnie tak, jak Islandczycy…

Podobnie było z wodospadami. Islandia to prawdziwe Królestwo Wodospadów: są przepiękne, są potężne i są wszędzie. Najpiękniejsze pięć czy siedem zdobią każdy przodownik, katalog czy  kalendarz. I bardzo trzeba je zobaczyć, bo są po prostu zjawiskowe. W pierwszych dniach pobytu w Islandii robiliśmy zdjęcie każdemu I z to każdej strony, zatrzymywaliśmy się, żeby podziwiać i się napatrzeć. Pod koniec wakacji, widząc wodospad zatrzymywaliśmy się na nie dłużej niż siedem sekund,  bo za kolejnych dwadzieścia widać było następny!  I dopiero po powrocie zgodnie i z wielkim smutkiem uznaliśmy, że żadne zdjęcia nie oddają tego, co tak naprawdę widziały nasze oczy!

W zachodniej części półwyspu Snaefellsjokull znajduje się park narodowy, a w nim kolejny lodowiec, do którego próbowaliśmy dotrzeć.  Rozstawiliśmy się obozem na północnym krańcu półwyspu z zamiarem spędzenia tak kilku dni. Niestety pogoda nie pozwoliła nam na wejście  na sam szczyt lodowca, wiatr był zbyt porywisty a deszcz nie odpuszczał. Nad ranem wyglądało na to, że nasze namioty albo odlecą albo utoną w szybko powstającym na kempingu stawie. Zebraliśmy się pospiesznie i postanowiliśmy przenieść się jednak pod dach na okres konieczny do przeczekania burzy.  W sezonie letnim wolnych miejsc noclegowych nie pozostaje wiele, mieliśmy więc spore szczęście, że udało nam się znaleźć przyjemny dom nad zachodnim wybrzeżem półwyspu. Wystarczyła nam jedna doba, aby się wysuszyć, wypocząć, wyprać, a nawet nacieszyć miękkim fotelem i kanapą, choć nie siedzieliśmy zbyt długo w wynajętym domu.

Nie mogąc ruszyć w góry udaliśmy się nad ocean, gdzie mieliśmy nadzieję zobaczyć delfiny. Niestety, przy wysokiej fali nie było i na to szans. Musieliśmy obejść się smakiem, oglądając na tablicy nadbrzeżnej fotograficzne wspomnienia tych, którym się to wcześniej udało. Krajobraz nadbrzeżny w Snaefellsjokull jest jednak bardzo  ciekawy, miejscami zaskakujący. Całą zresztą Islandię najlepiej przejść lub przejechać bez przerwy rozglądając się wokoło i podziwiając niepowtarzalne widoki. Mówiliśmy o nich  „Islandzkie Nic” i choć brzmi to dość skromnie, bardzo trafnie określa to, co rozciągało  się przed naszymi oczami. Są oczywiście różne rodzaje Islandzkiego Nic: raz jest to krajobraz księżycowy, raz lawa wulkaniczna wylana w różnych kształtach, czasem porosła już mchem w kolorze Khaki, czasem szary piach, może lodowiec w oddali i koniecznie ocean.  Lasów nie ma tam wcale, mimo intensywnej akcji zalesiania wyspy. Dzięki temu widoczność z łatwością dochodzi do kilkudziesięciu kilometrów. Atrakcją oczywiście są wszędzie obecne, często potężne wodospady.  Nie ma jednak łąk, pół ani lasów. Nie ma wież kościołów ani tym bardziej zamków czy pałaców, kolorowych banerów, nawet kierunkowskazów jest na tyle niewiele, że stają się atrakcją dla kierowcy. Wszędzie wokół roztacza się pasjonujące Islandzkie nic, na które można patrzyć godzinami jadąc autem po niekończących się przestrzeniach.

Po jakim czasie  taka jazda może wystarczyć nawet największym pasjonatom, dlatego po kilku dniach spędzonych na Półwyspie Snaefellsjokull postanowiliśmy skrócić sobie drogę lądem I wsiąść na prom w Stykkisholmur, którym dopłynęliśmy  na skróty do Fiordów Zachodnich. Niedaleko wybrzeża odwiedziliśmy jeszcze muzeum rybołówstwa, gdzie poczęstowani zostaliśmy mięsem rekina. Dowiedzieliśmy się fascynujących faktów o wielkich rybach i morskich ssakach opływających Islandię, dzięki którym ludność była w stanie przetrwać nawet najtrudniejszy czas. O kilku z nich, np. o rekinie grenlandzkim, wciąż nie wiadomo zbyt wiele, gdyż żyją zbyt głęboko, by je regularnie badać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.